Kolejne pół roku mojego życia za mną. Całe szczęście, że zaglądam tu od czasu do czasu. Nie wiem dokładnie, co skłoniło mnie do tego dzisiaj, może chęć ucieczki od pracy;)

Cztery miesiące znów mi gdzieś umknęły, ale za to jak umknęły… Nowa grupa, nowa specjalność na studiach, nowe towarzystwo. Nie ukrywam, że momentami stresowałam się w trakcie zajęć, ale wiem, że wkrótce wyjdę z nich zwycięsko i jedyne co mi pozostanie to duma i sentyment. Przedostatnia (obowiązkowa) sesja w moim życiu, a mam ich za sobą już 8! Czy coś jeszcze może mnie zaskoczyć? Raczej nie. I choć piszę to z lekką tremą, to wiem, że ostateczny rezultat i tak będzie na plus.

W życiu prywatnym było dobrze, a jest jeszcze lepiej. Z każdym dniem, kiedy układam sobie wszystko wokół, jeszcze więcej przyjemności przychodzi z mojego związku. To taka opoka w zabieganym życiu;) W listopadzie, na pierwszą rocznicę, byliśmy w Pradze. Wyjazd sam w sobie wyśmienity, tak wspominam go teraz, kolejny raz w tym pięknym mieście! Kolejna radość z języka czeskiego i następnego wspólnego wyjazdu, a także chwili wytchnienia. Wiem jednak, że nie był to wyjazd do końca beztroski: w drodze ogarniałam Sz.P., mój cudowny wolontariat i bycie koordynatorem, na miejscu również sprawdzałam ze strachem maila, bo było naprawdę wiele do dopilnowania. To tylko trzy dni, z czego jedno święto i weekend, no ale… Niektóre rzeczy nie dzieją się jak na etacie. Ponadto przez dwa dni troszkę bolał mnie brzuch (wiadoma sprawa) i ciut wymarzłam w moim jesiennym płaszczyku. Ale: jakby nie było, wspomnienia będę mieć bardzo pozytywne. Spotkaliśmy się tam także ze znajomymi T., którzy wracali tym samym autobusem, trochę zwiedzaliśmy sami, trochę z nimi. Ogólnie – na wieeelki plus!

Kolejnego dnia pojechałam na mój pierwszy mecz reprezentacji Polski w piłce nożnej do Wrocławia, a już miesiąc później szykował się długo wyczekiwany… Rzym. To dopiero jazda;) Ach, długo by opowiadać. Zaczynając od mniej przyjemnych rzeczy: zimny dojazd do Warszawy a stamtąd do Modlina i ogólna sytuacja w Polsce: śnieg. Kiedy już przedarliśmy się przez grubą warstwę chmur, naszym oczom ukazało się słońce, powróciła radość i zniecierpliwienie. Pierwszy raz lecieliśmy samolotem (ludzie w wieku 23 i 25 lat :D).

A jak w Rzymie? Nieco cieplej niż u nas i przede wszystkim: słonecznie! T. początkowo nie był zachwycony moim wyborem celu podróży, ale jak później stwierdził: to miasto go zachwyciło;) Mnóstwo zwiedzania i tyleż samo kilometrów. Przylecieliśmy we środę i tego dnia/wieczoru po kąpieli poszliśmy spacerkiem jedynie pod Koloseum i na pierwszą włoską pizzę. Pod „okrąglaka” mieliśmy tylko 25 minut spacerkiem od naszego hosta z AirBnB. Czwartek, piątek i sobota to było, jakby się wyrazić, zwiedzanie hard. Może nieco przesadziłam… Przede wszystkim spaliśmy do 10-11, musieliśmy jeszcze odespać ostatnią noc w Polsce, wychodziliśmy z domu koło 13 po zjedzeniu śniadania (dziwnie napompowane bułki + masełko + mozarella + pomidor + herbata). Wychodząc o 13, przynajmniej przez 4 godziny cieszyliśmy się jeszcze słońcem. Praktycznie wszędzie chodziliśmy pieszo, tak więc zwykle nachodziliśmy się dobre kilka godzin. O godzinie 20 wstępowaliśmy do polecanych przez innych knajpek na pizzę, makaron lub calzone i obowiązkową butelkę białego wina, mmm! Nie ukrywam, że bardzo cieszyło nas smakowanie Rzymu, bo lubimy włoskie jedzenie. Co do zabytków, to oczywiście również byliśmy zachwyceni. T. jak zwykle sterował kompasem;) Zakochać się jak nic! Wyjazd bardzo pozytywny. Cierpiałam jedynie na myśl o doskwierającym coraz bardziej w Polsce zimnie. Dobrze, że chwilę wcześniej zaopatrzyłam się w naprawdę ciepłą kurtkę.

Dogadywaliśmy się dobrze, podziwialiśmy, dziwiliśmy, robiliśmy zdjęcia naszymi Xiaomi, jedliśmy, rozmawialiśmy… Nie mogliśmy zrozumieć niektórych zachowań Włochów np. sposobu jazdy autem, nie uważania na pieszych, chodzenia na czerwonym, ich porywczości, gościnności i ogólnie robienia wokół siebie mnóstwo hałasu (co doskonale było widać w knajpach;)). Wszędzie było ich słychać i widać. Chodziliśmy po sklepach za serami i moimi kartkami. Było wyjątkowo i nie żałuję, że wydałam na wszystko około 1000(?)zł. Bo w niektórych momentach, zwłaszcza bardziej stresujących, wspomnienia wychodzą mi na dobre. Ten czas beztroski…

W 2016 roku rozpoczęliśmy nasze podróże, których łącznie było 4. Nie potrafimy określić, który z nich był najlepszy bądź najgorszy. Każdy był inny i na swój sposób niesamowity. Pierwszy majówkowy wyjazd do nieco dziwnego Berlina, wakacyjny zupełnie swobodny, letni i tani wyjazd do Lwowa, weekendowa zimna Praga z okazji rocznicy czy ucieczka z zimnej Polski do antycznej Italii, do Rzymu, w którym się zakochaliśmy praktycznie pod każdym względem…

Oby więcej takich wyjazdów:) Aktualnie zbiera nam się na sesje… więc trzeba będzie trochę powalczyć i oddać pierwszy rozdział magisterki. Trzymajcie kciuki, żebym i tym razem wyszła z tego cało;)

PS Wczoraj podpisałam umowę w pracy, do której wróciłam po kilku miesiącach „odpoczynku”. Podpisałam do końca czerwca;) N.Książki cały czas funkcjonuje, kolejne spotkanie odbyło się wczoraj i dotyczyło edukacji… była na nim również mama T.;) Udana współpraca z Muzeum Narodowym umocniła mnie w przekonaniu, że jestem w stanie jeszcze wiele dźwignąć na swoich barkach:), a dziś Gala Sz.Paczki. Będzie wyjątkowo!

Całkiem fajne to życie…