Notka pisana 11 stycznia 2015:

Pierwszy raz, kiedy zaczynam pisać na tym blogu, jestem tak stabilna emocjonalnie. Zaraz, zaraz. Może nie do końca tak po prostu wszystko jest dobrze, ale w jednej sferze z pewnością. W związku. Nigdy wcześniej nie miałam normalnej relacji. Zawsze coś było nie tak, zawsze pojawiały się rozmaite trudności. Od tych najbanalniejszych, po wyjazdy czy kariery zawodowe. Tym razem mój związek jest poprawny, jest zdrowy. Czuję, że będąc z Nim, jestem szczęśliwa i nie chcę nikogo innego. To wszystko wygląda tak, jak zawsze wyglądać powinno. Jest wspaniale. Choć różne targają mną emocje, nie mogę drugiej osobie zarzucić czegokolwiek, jak to zwykło bywać. Nie ukrywa emocji, choć ujawnia je w stopniu „odpowiednim dla faceta”. Nie dopuszcza abym była zazdrosna, choć mimo tego zdarza mi się odczuwać jej okropne macki. Przedstawia mnie wszystkim swoim znajomym, a nie udaje, że jestem kimś małoważnym w jego życiu. Ostatnio nawet poznaliśmy swoje rodziny, a to dopiero milowy krok – przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Byliśmy ze znajomymi w Pradze i w polskich górach na nartach. Spędziliśmy również trochę czasu po Bożym Narodzeniu – u moich dziadków i w jego rodzinnej miejscowości.  Bardzo miło będę wspominać tamten okres. W końcu nikt jeszcze nie był w takim stopniu zanurzony w moją teraźniejszość i moje życie. Mogłabym pisać wiele na temat relacji, ale to nie jest aż tak istotne, ponieważ ona ciągle się rozwija i pragnę tego, aby trwała ciągle. W takim układzie rzeczy nie muszę jej opisywać, jakby miała zostać wspomnieniem. To coś, czym chcę żyć. Co jest częścią mojego świata i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu o moim bezpieczeństwie z Nim. O tym, że oboje jesteśmy zakochani i nie da się tak po prostu złamać tych więzi. A jak to się wszystko zaczęło?

Cóż… Nie był to jeden z tradycyjnych dla mnie początków: nie był to żaden ze wcześniejszych „przypadków”. Nie spotkałam go ani w autobusie, ani w tramwaju, ani też w bibliotece czy czytelni. Mieliśmy wspólnego znajomego. Jednak prawdopodobnie tak zupełnie przypadkowo znalazłam się wtedy w tamtym miejscu… Był początek lipca, wakacje. Chcieliśmy zorganizować z Marcinem grilla na Miasteczku Studenckim, pamiętając że poprzedni był świetną okazją do odprężenia się i z pewnością można było zaliczyć go do udanych. Zadzwoniłam do Natalii, jednak nie była chętna, ze względu na brak możliwości spożywania napojów wysokoprocentowych tego wieczoru. Dodatkowym czynnikiem była mokra trawa, gdyż wcześniej trochę padało. Co zrobić… Jeszcze inną przeszkodą mógł stać się chłopak, którego zaprosiłam na tego grilla, a którego poznałam na wcześniejszym. Ach… Totalna pomyłka, jednak dopiero kolega mnie chwilę wcześniej uświadomił. Tak więc miałam ochotę odpuścić sobie ten dzień, zostać w domu. A jednak poszłam. Znaleźliśmy się z kolegą w Olimpie, jego ówczesnym akademiku, gdzie wypiliśmy jakieś piwo, już dokładnie nie pamiętam. Następnie poinformował mnie o dwóch imprezach organizowanych przez jego znajomych. U koleżanki gdzieś na Rolniczym oraz tej drugiej, nieco bliższej. Postanowiliśmy iść na tę po drodze, bo namawiał go do tego kolega, a następnie zahaczyć jeszcze o oblewającą obronę koleżankę. Do mieszkania przez chwilę nie mogliśmy trafić, jednak kiedy się to udało, z drzwi wyskoczyły dwie radosne osoby – on i ona. Pomyślałam wtedy, że fajne z nich małżeństwo… Jakże mogłam się tak pomylić! Oni nawet nie byli parą. Jako że Marcin za bardzo nie znał nikogo oprócz tego właśnie mężczyzny z dredem, ten poświęcał nam początkowo sporo uwagi. Impreza trwała i trwała, aż w końcu ludzie powoli zaczęli się zbierać… Kolega Marcina częstował nas tabaką, a tak to rozmawialiśmy o rozmaitych sprawach, w tym o podróżach autostopowych! Pomyślałam wtedy, że fajny z niego chłopak, ale cóż… i tak pewnie zajęty ;). W późniejszej części imprezy zaczęliśmy tańczyć. Jedna „drużyna” hip-hop, druga salsę (ja i Marcin) i następnie bachatę. Zapytałam Przemka – bo tak miał na imię kolega Marcina, czy może mi pokazać kilka kroków tego tańca, bo mnie zainteresował. On oczywiście bardzo przejął się tą rolą, a mnie był trochę głupio, bo sądziłam, że jego potencjalna żona musi czuć się dziwnie! Następnie wracałam z nim i innym chłopakiem tramwajem. Na dworcu, kiedy musiałam się przesiąść, Przemek zapytał czy zostawię mu na siebie jakiś namiar. Mnie totalnie wcięło. Pomyślałam sobie wtedy o kilku rzeczach na „nie” i odmówiłam grzecznie mówiąc, żeby znalazł mnie przez facebooka, albo jeszcze lepiej, przez Marcina. Choć chyba bardzo rzadko mi się zdarzało tak stawiać sprawę! Przemek stwierdził, że „nie to nie” i zaprosił mnie wprawdzie na portalu, ale dopiero jakoś miesiąc później, nie odzywając się jednak wtedy. I całe szczęście, bo w moim życiu był chwilowo ktoś inny. Dopiero jak wróciłam z Bośni i Hercegowiny, gdy zobaczył zdjęcia – polubił kilka i po jakimś czasie odezwał się, odnośnie do zupełnie innej sprawy, ale moja podróż chyba mu się spodobała, bo sam był wcześniej w Sarajewie. I tak zaczęliśmy chwilę pisać. Trochę, nie narzucająco się specjalnie. Był to środek września. Zaczęło się szukanie pretekstów. W końcu mieliśmy opowiedzieć sobie o naszych podróżach i spotkaliśmy się dzień po moich urodzinach, 29 września. Było przesympatycznie. Nie zwracałam na to szczególnej uwagi, jako że często pierwsze spotkania są świetne, a później bardzo różnie się to zmienia. Jednak wtedy było rewelacyjnie a kolejne spotkania tylko mnie w tym utwierdzały. Nie widzieliśmy się za dużo razy jeszcze wtedy, a czułam jakbyśmy naprawdę już wtedy… wpadli. I tak się wszystko zaczęło. Slajdowisko o Gruzji, improwizacje a Artefakcie, miłe knajpki. Później pojawiła się propozycja wyjazdu do Pragi w listopadzie. Już wtedy wiedzieliśmy, że jest to coś poważnego. I od tej pory – od początku października trwa nieprzerwanie nasza wspaniała relacja. Nigdy nie byłam z kimś tak długo, tak prawdziwie. Jakby policzyć na palcach, to nie jesteśmy jeszcze razem zbyt długo. Ale już teraz wiem, że to jest coś poważnego. Czuję to, jak nigdy. On imponuje mi pod wieloma względami. Jest zabawny, porządny, interesujący. Wiem, że nigdy nie będę się mogła z nim nudzić, bo jest tak ciekawy świata i pełen energii czy pasji w tym co robi. Czy nie na kogoś takiego czekałam? Choć niby nie wygląda jak mój ideał z przeszłości, którego nigdy nie spotkałam, jak dotąd. Może właśnie czekał na mnie ktoś tak nietuzinkowy i szalony, a z drugiej strony ciepły i zainteresowany moją osobą. Ktoś, komu mogę powiedzieć o wszystkim. Ktoś, kto dostrzega we mnie to, czego nie widział nikt inny.

Dziś:

I właśnie od kilku dni już nic nie jest takie pewne. Uczucie jest pewne, ale czy to wystarczy? Czy ono zwycięży? Nie wiem… Bardzo bym chciała, ale co ja tak naprawdę mogę teraz zrobić?

Zobaczymy, co będzie. A musi być dobrze!!!