Na wszystkie możliwe sposoby próbuję się zabrać za naukę, niestety jak widać, z beznadziejnym skutkiem. Pierwszy września miał być dniem przełomowym. Miałam się w końcu wziąć za siebie, nie palić, zwłaszcza, że nie jest mi to potrzebne, przeglądać rozpaczliwie notatki, czytać… Dwudziestolecie międzywojenne cały czas czeka i sterta notatek nie daje mi spokoju. Wprawdzie nie palę i (o dziwo) jestem silna w kontrolowaniu mojego dobrego samopoczucia, ale nie umiem przestawić się na tryb nauki. Być może dlatego, że w dalszym ciągu mam wakacje i po poprawce (miejmy nadzieję szczęśliwej) znów do nich powrócę. Ale po kolei. W mojej głowie kłębią się miliony myśli. Ostatnie tygodnie a nawet miesiące w znacznym stopniu wpłynęły na moje zadowolenie z życia, pozwoliły odreagować od drugiego roku studiów, pełnego dodatkowych zajęć, projektów i mnóstwa spotkań. Ach, jak mi to było potrzebne! Czuję się taka… oczyszczona w pewnym sensie. Czuję się gotowa do tego, aby od października zacząć pracę na nowo. Znów pojawił się płomień, dzięki któremu będę mogła dalej działać na różnych polach mojego życia. A działo się naprawdę wiele…

 Trudno mi teraz opisywać wszystko od ostatniej notki i nie będę się specjalnie wysilać w celu powrotu do tych wszystkich wspomnień. Może jednak napomnę o niektórych wydarzeniach, już bardziej dokładnie skupiając się na teraźniejszości.

Jeśli chodzi o podróże, bo może od tego powinnam zacząć, to moje doświadczenie bardzo się rozwinęło. Po sesji zimowej udałyśmy się z Alą do Wilna, gdzie oczywiście spałyśmy na Couchsurfingu (coś genialnego!) u Turka, który mieszkał z Czeszką i Hiszpanem, a w wolnym czasie pokazywał nam miasto, które dla niego – Erasmusa – również było stosunkowo nowe. Kolejna wyprawa to majówka w Słowenii. Ja, Ala i ludzie z mojej organizacji. Cudownie było dotrzeć do zachodniego wybrzeża, do Piranu, ale zimne jeszcze wtedy noce w namiocie nie sprawiały mi za wiele radości. Tak, jestem zmarzluchem. :P Pierwsza wakacyjna wyprawa to czeska Praga, do której pojechałyśmy autostopem, spałyśmy, podobnie jak na wcześniejszym wyjeździe, na CS’ie, tym razem, uwaga, u Francuza! (Żeby było śmiesznie będąc we Wiedniu oczywiście nocował nas hindus, także multiculture). I ostatnia podróż, która budziła najwięcej moich obaw, z przeróżnych względów, ale jednak się odbyła… Bałkany! Do samego końca nie byliśmy przekonani co będzie celem naszej podróży autostopowej. Nasza załoga to: ja, Ala, Sylwia, Edyta, dwaj Mateusze i Kamil. Mieliśmy się mieszać składem spotykając się w przeróżnych miejscach, jednak jedna trójka ze względu na niesprzyjające okoliczności pojechała przez Chorwację, a nasza czwórka – bardziej lub mniej zgodnie z planem – udała się od razu przemierzać Bośnię, z góry na dół. Zaczęliśmy od Banja Luki, która jednak nie zrobiła na mnie większego wrażenia, czułam jakby czas się cofnął w tym mieście… Dopiero nasz kolejny cel, Mostar, naprawdę mnie zachwycił! Szukając wieczorem miejsca do noclegu nie spodziewaliśmy się, że ujrzymy przed sobą rano taki wspaniały widok. Po wyjściu z namiotów naszym oczom ukazały się potężne skaliste góry, piętrzące się nad miastem… Do tego Mostar zachwycał urokliwymi uliczkami, które raczej nie wskazywały na zamożność tego kraju, ale nadawały jakiejś egzotyki naszym słowiańskim oczom. Słońce mocno grzało a ja nadal nie mogłam przyzwyczaić się do wszechobecnych gór, które odbiegały od zwykle oglądanego przeze mnie krajobrazu. Nie mówiąc już o samej autostopowej drodze przez Bośnię i Hercegowinę – kaniony, jeziora pośród gór, kręte uliczki i tabliczki informujące o niebezpieczeństwie spadających na drogę elementów skalnych… To były chyba najpiękniejsze momenty, ta jazda. Jazda, widoki za oknem i poznawani ludzie, którzy tak bardzo różnili się od nas. Nie tyle pod względem wieku czy pochodzenia, ale zwykle mieli za sobą szmat doświadczeń, który prezentowali nam, młodym. Przez kilka godzin można było mówić o rozmaitych wydarzeniach z życia, inspirować się wzajemnie. Niektórzy kierowcy, choć mieli już własne firmy albo sieci restauracji, otwarcie mówili, że mimo wszystko zazdroszczą nam odwagi i swobody z jaką podróżujemy. Oni już nie będą mieć szansy żyć w ten sposób. Okazja już dawno przebrzmiała, kiedy postanowili się ustabilizować i musieli założyć marynarkę. Wracając do wycieczki… Nie ominęła nas wizyta w pobliskim Medzugorje, skąd później udaliśmy się do Sarajewa, tym razem pociągiem, by podziwiać piękne widoki za brudnym oknem. Wprawdzie nie mieliśmy za dużo czasu na zwiedzanie stolicy, ale jak mogę określić to miasto… wydało mi się dość dziwne i może odrobinę niebezpieczne? Kolejnym etapem podróży był Zagrzeb, który pomimo słyszanych wcześniej opinii, obudził we mnie ciekawość. Nie wiem dlaczego, ale poczułam tamtejszy klimat i zaczęłam żałować, że nie mamy więcej czasu i nie zatrzymamy się na dłużej… Obiecałam sobie, że muszę tam wkrótce wrócić! Noc na dworcu autobusowym również należała do nowych doświadczeń. Na następny dzień zatrzymaliśmy się chwilę nad Balatonem, by na wieczór zacząć się plątać po Budapeszcie, z którego długo nie mogliśmy się później wydostać. Tutaj ciepłe łóżko zagwarantowała nawiązana wcześniej znajomość przez CS. Oczywiście była to opcja tak niepewna, że sama nie wierzyłam, że jednak uda się nam wyjść tej nocy z Zoltanem na piwo. A jednak, dobra karma powróciła! Przy powrocie mieliśmy największe problemy, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. W zasadzie pod sam koniec nie wytrzymałam i polały się łzy, ale nie ma to jak znaleźć się w dobrych ramionach, by uśmiech momentalnie powrócił. Ach… Długo będę wspominać ten wyjazd i wszystkie towarzyszące mu zdarzenia. Większość niewygód na szczęście powoli wypieram z pamięci a utrwalam najpiękniejsze chwile i ludzi… :)

Oprócz podróży działałam również w organizacji studenckiej, wspomnianej już we wcześniejszych wpisach. Zrealizowaliśmy projekt, który zaprzątał moją głowę w każdej wolnej chwili, ale też nauczył mnóstwa rzeczy! Żałuję, że nie miałam okazji uczestniczyć w wielu wydarzeniach, które AEGEE organizowało, ale stawałam się coraz bardziej zmęczona wszystkim. Na uczelni również dawali nam popalić, zwłaszcza jeśli chodzi o zajęcia z epok i dumnie brzmiącą gramatykę historyczną z elementami języka staro-cerkiewno-słowiańskiego(!) Do tego dochodziły spotkania High Five Kraków, na których oczywiście jako organizatorka powinnam się pojawiać, choć często musiałam później czytać po nocach artykuły na następny dzień. Teraz mogę to wspominać z uśmiechem, ale wtedy nie było tak wesoło. Uczelnia pochłaniała większość mojej energii. Nie zawsze miałam później ochotę na spotkania integracyjne, chociaż oczywiście były bardzo kuszące. Czasem nie miałam wyjścia i trzeba było przyłożyć się dla obowiązków… Ale teraz wiem, że będę się starała jeszcze efektywniej uczestniczyć w życiu organizacji, tak jak to było w pierwszym semestrze. W końcu wtedy jest większa szansa na coś wspaniałego – jak ja to określam. ;) Czyli na różne przypadkowe z pozoru akcje, które mają silny wpływ na toczące się dalej życie. Tak też było w kwietniu, kiedy podczas targów pracy poznałam Wojtka. Z początku oczywiście nic takiego, czasem się jedynie gdzieś widywaliśmy. Później jednak wszystko nabrało większych obrotów i zaczęliśmy się spotykać. SPOTYKAĆ, już nie tak przypadkowo. Jeszcze do niedawna nie wierzyłam, że ktoś może mi się NAPRAWDĘ spodobać. Wydawać by się mogło, że wszystkie okazje już przepadły, że poznałam kilku imponujących facetów i już nic ciekawszego nie może się pojawić. A jednak… Pojawił się On. Z nim było wspaniale. Przeżyliśmy mnóstwo CUDOWNYCH chwil. Nie było to jednak wydarzenie jak z bajki, choć czasem się tak mogłam czuć, bo oboje żyliśmy mając na uwadze jego wyjazd. I to nie byle jaki wyjazd, a na rok, do Japonii wraz z końcem sierpnia. Miało to również pewne plusy. Wiedzieliśmy, że nic nie możemy spieprzyć, więc żyliśmy maksymalnie, prawdziwie. Nie było we mnie obaw, które zazwyczaj się pojawiają w takich momentach. Nie musiałam niczego stopować, ba, nie miałam na to czasu! I czułam się naprawdę wyjątkowo, bo on nie wstydził się mówić pewnych rzeczy. Spędziliśmy ze sobą lato. Byliśmy w muzeum, w teatrze, w górach – gdzie w zasadzie wszystko się zaczęło… Przez ten moment działo się to wszystko, czego zawsze szukałam, na co czekałam. No ale z drugiej strony miałam na uwadze, że to wszystko będzie chwilowe. Może właśnie dzięki tej ulotności było takie wyjątkowe? Nie musieliśmy na szczęście analizować tej relacji. Oboje cały czas przygotowywaliśmy się do jej krótkiego życia. Choć tak naprawdę wyjazd nie musiał oznaczać całkowitego końca, ale jedynie pewną zmianę. W końcu nadal się znamy, będziemy ze sobą pisać. Mam nadzieję, że dzień kończący się siedem godzin później, nie zmieni tak bardzo naszej wzajemnej sympatii. Choć relacje z pewnością się ochłodzą, jak już wcześniej było mówione czy pomyślane… Ale JAKOŚ jeszcze jestem silna. A może dobrze przygotowana? Rozstaliśmy się w Katowicach. Jak to brzmi w odniesieniu do przeszłości! Te słynne owiane płaczem Katowice, z którymi jestem emocjonalnie w ciekawy sposób związana. Teraz będę jeszcze bardziej. Jakby nasze życie rozgrywało się w książce, to z pewnością byłby to SYMBOLIZM. A tak teraz… można sobie pofantazjować i podoszukiwać się znaczeń, i ukrytego piękna.

Jest jeszcze mnóstwo drobnych wydarzeń, które miały miejsce w moim życiu, milion przebłysków, natchnień i uniesień. Jednak… chyba wszystko dzieje się na tyle intensywnie, że i bez tego mogłabym pisać i pisać… Tak więc do reszty powrócę w nudniejszych momentach mojego życia. Choć pewnie nie nastąpią zbyt szybko.

Za tydzień czeka mnie pierwsza poprawka w życiu, w mojej głowie powstaje coraz więcej myśli o drugich studiach, jako że od tego roku znów są bezpłatne… Myślę o… zarządzaniu. Aga miała rozpocząć je w tym roku, jednak zajęcia pokrywają jej się z psychologią, która jest dla niej niebywałą świętością i z tego nie zrezygnuje, zresztą bym jej na to nie pozwoliła! Istnieją pewne szanse na ciekawą inicjatywę, którą wymyśliłyśmy z Anką. Z biegiem czasu wszystko powinno się wyklarować, jeśli dostaniemy pozytywną odpowiedź to… zacznę się znowu martwić o moje obecne studia, które znów pójdą w odstawkę. ;) Jednak oczywiście po cichu na to liczę! I jeszcze redakcja w którą cały czas się wkręcam, potrzebuję jednak więcej zapału i motywacji, by wypracować sobie w niej stałe miejsce… Od czasu do czasu pracuję. Nadal jako kelnerka; obsługuję wesela, chrzciny itepe. W końcu sama opłacam sobie moje wysokobudżetowe wyjazdy autostopowe i spanie na dworcu, ale wiem, że jak najszybciej chciałabym znaleźć lepszą pracę. To tylko etap przejściowy. Poza tym byłam ostatnio na pierwszym z życiu meczu Reprezentacji Polskiej w siatkówce mężczyzn. Wcześniej nigdy się jakoś na to „nie składało”, a teraz wystarczyła krótka rozmowa z Antkiem z High Five’u i wszystko się urzeczywistniło.

Tak więc podróże, uczelnia, organizacja, projekty, High Five, redakcja, seminaria, przyjaciele, mnóstwo różnych ludzi… Tak wygląda i będzie wyglądać moje najbliższe życie. Chociaż pewnie reszta jest zagadką. „The rest is a silence”, że tak zacytuję. ;) Wracając jeszcze w ostatnich słowach do podróży… Dają mi one nie tyle wiele radości, co wiary, że mogę wszystko! Że nie muszę mieć wielkich zasobów pieniężnych, aby pojechać gdzie zechcę. Że wystarczy kilka osób, które mają podobne pragnienia i wystarczy rzucić hasło, by „nie da się” przekształciło się we wspaniałą przygodę…

A teraz… po pewnego rodzaju „myśl-odsiewaniu” spróbuję zabrać się za dwudziestolecie międzywojenne, egh…  A w dalszych krokach popracuję nad tym, by MIMO WSZYSTKO, mimo ostatnich wydarzeń, uczuć i porywów, być naprawdę szczęśliwym człowiekiem… Nadal dwudziestoletnim człowiekiem, przed którym jeszcze mnóstwo szaleństw i doświadczeń.