Kolejne trzy miesiące zleciały jak każdy mój obecny dzień – nie wiem kiedy. Co chwilę jest środa, za chwilę znów piątek i kolejny poniedziałek zaczyna tydzień na nowo. Kiedy – chciałoby się zapytać – to wszystko się dzieje? Kolejne lektury, zajęcia na komputerach, gonitwa w środę wieczorem ze spotkania na spotkanie… Wciąż nowe wiadomości na facebooku, przez które zapominam, że mam jeszcze trochę roboty, a już po północy, już po pierwszej i należałoby wyspać się na kolejny pełen wrażeń dzień. Moje życie nigdy wcześniej tak nie wyglądało. Ludzie – pomimo tego, że wydawałoby się, że dopiero co się widzieliśmy, to tyle jest nowego do opowiedzenia! Ta cykliczność, wir spotkań, pracy, organizacji i uczelni. Zwłaszcza tej ostatniej, trochę zaniedbywanej ostatnio… Brakuje mi miejsca na zwykłe spotkania towarzyskie – jakie prowadziłam kiedyś. Dawniej ten aspekt mojego życia był bardzo bogaty, uwielbiałam go! Co chwilę zdarzały się spotkania ze znajomymi, czy wyjścia w celu poimprezowania. Jak jest teraz? Nie ma na to czasu. Ani czasu, ani chęci prawdopodobnie. Jak znajdzie się wolny dzień (co trzeba sprytnie zaplanować już tydzień wcześniej i poodrzucać wszystkie propozycje na niego), to wtedy okazuje się, że lepiej po prostu posiedzieć w domu. Wyspać się, posegregować notatki na uczelnię. Bo czemu nie mieć dnia tylko dla siebie? Już tak bardzo nie zależy mi na wzbogacaniu życia towarzyskiego, bo kręci się pełną parą. Widuję się codziennie z dziesiątkami osób, nie czuję się ani przez moment samotna, choć może czasem bym chciała… Życie towarzyskie zapewnia mi organizacja. Spotkania integracyjne czy też grup roboczych – nie obywają się bez rozmów i przebywania z innymi kilka godzin dziennie. Na uczelni jest co robić. Fakultety wypełniają większość luk w grafiku, jakby ktokolwiek potrzebował ich do szczęścia. I jeszcze rzecz ważna – praktyki w Gazecie Krakowskiej. Tak! Piątkowe popołudnia spędzam wraz z A. w redakcji tego dziennika. Dostajemy teksty do korekty i jest bardzo sympatycznie. Moje CV ostatnio bardzo zaskoczyło mnie swoją objętością. Nie sądziłam, że mogę wpisać niektóre rzeczy mające miejsce w moim życiu. Co chwilę ukazują się kolejne plany na następne tygodnie. W organizacji otwierają się nowe perspektywy a na spotkania językowe, których jestem współorganizatorką, kręciliśmy filmik promocyjny umieszczony obecnie w Internecie. Więc… nie narzekam na nudę. Codziennie wieczorem obliczam ile czasu będę mogła sobie pospać, o której muszę wstać żeby doczytać streszczenie z chomika na uczelnię  i planuję jak logistycznie zapanować nad kilkoma rzeczami dziejącymi się w tym samym momencie.

W styczniu byłam na Balu Elektryka z M., w lutym z kolei na wiejskim weselu z A. Było fantastycznie! W marcu zmarła jedna z moich babć, dlatego Podkarpacie również pojawiło się w planach.

Widziałam się również z dawnym Ł., ale dałam mu do zrozumienia o jednorazowości tamtego przypadku i zapewniłam, że nie chcę na nowo się angażować w coś równie bezprzyszłościowego. A jednak… dalej mam pewną nadzieję. To głupie, ale pomimo mojej stanowczości, ja łudzę się, że on jakoś zareaguje na tę wiadomość. Niby początkowo reagował, ale teraz chyba lepiej żeby pozostało to wszystko w nienaruszanym ciągle stanie. Głupie serce czasem jednak pragnie aby postulaty rozumu zostały zanegowane. Żeby ta druga strona pokazała, że bardzo jej jednak zależy i spróbuje aby w końcu działo się inaczej niż zwykle. Czy to możliwe, żeby w końcu było wszystko w porządku, pomimo różnic? Nie sądzę. Ale ta garść nadziei, niczym ziarenka piasku rozdmuchuje się na wietrze we wszystkie strony i staje się… czymś zupełnie przypadkowym, nieważnym, czymś co na zawsze pozostanie przypadkowym podmuchem…