Wchodzę na bloga i ku mojemu zdumieniu ukazuje mi się data ostatniej notki: 15.04 ! Przecież tak nie może być. Jeżeli chcę zachować ciągłość opisywanych przeze mnie zdarzeń, chociaż w minimalnym stopniu, to przydałoby się to robić przynajmniej raz na pół roku (co wspaniałym wynikiem nie jest). Więc… Od czego by tu zacząć? Ciężko tak z kwietnia przejść nagle do grudnia… Wprawdzie ostatnie siedem miesięcy będę pamiętać dość wybiórczo – a przynajmniej nie będę miała ochoty się nad każdym zdarzeniem specjalnie pochylać, ale zrobię co w mojej mocy, by nakreślić tło wydarzeń… ;)

Skończyłam na kwietniowej wyprawie autostopowej, co się działo później? Jesteście ciekawi? ;) Dobra… nie trzymam już dłużej w niepewności. Otóż… z tego co pamiętam (muszę bardziej wytężyć komórki mózgowe!) to w kwietniu zobaczyłam się z pewnym mężczyzną, z którym od tego czasu widziałam się tylko raz – we wrześniu. Jest on wspaniałą osobą, która w życiu z pewnością zajdzie daleko… Jest szachistą. Brzmi nudno… ? Ależ skąd! To z pewnością ciekawa postać w moim życiu, o której wspominałam już niejednokrotnie… Otóż J. nie tylko gra w szachy, ale również jest kapitanem drużyny na swojej uczelni, która w zeszłym roku zdobyła wicemistrzostwo Polski. Imponujące, nieprawdaż? Wprawdzie teraz trochę mniej gra, bo udziela się biznesowo, ale wierzę, że jego potencjał zostanie wykorzystany w odpowiedni sposób. Wracając jednak do kwietnia… Zadzwonił do mnie pewnego popołudnia, gdy stałam z Alą na przystanku tramwajowym pod naszą uczelnią i zaproponował coś nie do odrzucenia – żebym przyjechała do niego w sobotę i poszła z nim na mecz jego ulubionej drużyny. „Czemu nie…” pomyślałam. Zawsze liczyła się dla niego pasja i wiedziałam jak ważne jest dla J. zrozumienie przez innych tego co robi i pełna akceptacja. Na meczu było niesamowicie. W zasadzie byłam na nim po raz pierwszy. Pomimo, że nie interesują mnie rozgrywki klubowe, to udzielały mi się emocje którymi żyli na trybunach prawdziwi fani i fanatycy futbolu. Gdy wracałam z Katowic późniejszym popołudniem, słońce zwiastowało już wiosnę w pełni. Wyglądałam zza szyb dużego autobusu na ulicy Czarnowiejskiej, krakowskich prezentujących się przede mną budynków. W pewnym momencie poczułam wibrację telefonu. „J!” pomyślałam, jednak jakież dopadło mnie zdumienie, gdy zamiast niego – co wydawało się dość uzasadnione – na wyświetlaczu ukazał się Ł. Ten z autobusu (piszę tak na wszelki wypadek, bo w perspektywie teraźniejszości wywołuje to wiele komplikacji, ale o tym nie teraz). Nie ważne o co wtedy mu chodziło, ważne że po raz trzeci spróbowaliśmy z tej mąki ulepić jakiś chleb. Jak się okazało po miesiącu – nadal nie wychodziło nam ciasto. Gdy wracaliśmy pewnej nocy z CK Browaru, zatrzymaliśmy się na plantach i postanowiliśmy, albo raczej on w końcu dostrzegł, że to jest bez sensu. Rozmawialiśmy całą noc, widzieliśmy piękny wschód słońca wyłaniający się zza kościoła przy al. 29 Listopada. Zaraz nad ranem weszłam do domu, obiecując sobie siłę. Było zdecydowanie łatwiej niż za pierwszym i drugim razem, chociaż nadal ciężko… Był koniec maja, kilka tygodni przed sesją. Ciepło słoneczne wdzierało się z każdej strony.

Przeglądając wzrokiem na szybko poprzednie notki zauważyłam, że pisałam o pewnej X, tak naprawdę nic o niej nie wiedząc. Właśnie dopiero w okresie maj-czerwiec poznałam ją lepiej. I… wcale nie miała łatwo! Jak można kogoś oceniać zupełnie go nie znając? Pomyliłam się tamtym razem. Ale czyżbym sądziła, że każdy już na „dzień dobry” opowie mi swoją historię? Bzdura. Po ostatnim egzaminie – z filozofii – uczciłyśmy zaliczenie roku w „Spokoju” na Brackiej, pijąc mohito. Wtedy jeszcze więcej spraw się rozjaśniło. W tamtym okresie nie przypominam sobie, żeby działo się coś niesamowitego, albo nawet godnego umieszczenia tutaj. Sesja była trudna, ale przy odrobinie sprytu i nauki, poradziłam sobie. Jeździłam też wtedy na rolkach… Błonia były idealnym miejscem do rozluźnienia się, ale też do pracy nad sylwetką. Na początku sierpnia wracając o pierwszej w nocy z rolek, w nocnym tramwaju, rozpoczęła się dość znacząca znajomość. Na to jednak nie mam obecnie sił. Oczywiście czuję się dobrze, ale… nie czas teraz by do tego wracać. Na wszystko przyjdzie odpowiednia pora. Nie wolno rozgrzebywać niedoleczonych ran!

Na początku wakacji moja kuzynka A. tryskała energią po zdanych maturach. Wpadła wtedy na pomysł, by założyć grupę, w której będziemy się mogli spotykać rozmawiając po angielsku. Początkowo zebrało się kilka osób, dzięki fejsbukowemu fanpejdżowi, następnie grupa zaczęła się rozrastać i trwa do teraz! Przeważnie było od 8 do 14 osób. Już prawie pół roku spotykamy się doskonaląc swój język. Dzięki tej grupie poznałam fantastycznych ludzi, przełamałam się w rozmowach z obcokrajowcami, czy w zwykłych odpowiedziach na lekcjach angielskiego. Spotykaliśmy się zazwyczaj w którejś z krakowskich knajpek przy rynku, następnie chodziliśmy na karaoke do Coyota lub gdzieś potańczyć. Zaprzyjaźniłam się dzięki temu z dwoma Koreańczykami, Portugalczykiem oraz oczywiście przemiłymi Polakami. Gdyby nie ten jeden pomysł A. tak wiele bym straciła! Oczywiście nikt by nie żałował, bo nie miałby pojęcia, że mogło coś takiego powstać, ale te spotkania bardzo na mnie wpłynęły – zarówno jako forma spędzania wolnego czasu, nawiązywania znajomości, imprezowania czy praktycznej nauki angielskiego. Na początku grudnia napisał do nas chłopak, który chciał założyć własną grupę i miał wynajętą salę w spokojnym miejscu na Kazimierzu. Cały czas zastanawiamy się czy połączyć z nim organizację i stworzyć coś większego niż dotychczas… Tamte wakacyjne spotkania miały swój urok i klimat, ale teraz, kiedy co tydzień jestem w biegu i wpadam na mitingi „na chwilę”, żeby zobaczyć znajomych i naładować akumulatory pozytywną energią, jest jakoś wygodniej. Nie musimy martwić się o znalezienie miejsca, nie gra głośno muzyka, ale jest dużo przestrzeni i nawet mamy zniżki na piwo ;)

Odnośnie jeszcze do samych wakacji, może wymienię szybko gdzie byłam. Po pierwsze pojechałyśmy z kuzynką do Chorwacji na 9 dni. Spałyśmy pod namiotem, mając 10 kroków do morza! Po drugie, pojechałam we wrześniu z koleżanką z uczelni do Wiednia. Znalazłam nocleg przez Couchsurfing, więc spędziłyśmy tam dwa cudowne dni! Dwa dodatkowe zajęła nam podróż autostopem, która również nie odbyła się bez przygód. Muszę przyznać, że jestem jednak szalona i odważna. Bardzo się cieszę, że udało nam się z A. przeżyć te wszystkie kilometry, trafić na wspaniałych ludzi, którzy się nami opiekowali i dawali nam różne rzeczy (To jest prawdopodobnie temat na osobną notkę), ale przede wszystkim okazywali swoją dobroć i troskę. Oprócz tego byłam z dziewczynami w Zakopanem i nad Morskim Okiem, kilka dni spędziłam u koleżanki ze studiów na wsi oraz u babci. Nie potrafiłam wcześniej docenić tych wakacji. Wydawało mi się, że mogłyby być lepsze… że nic się takiego nie działo. Teraz widzę, że były niesamowite w pewnym sensie…

Moje życie nigdy przedtem takie nie było. We wrześniu i październiku dużo pracowałam w Januszowicach. Dzięki temu czas od października do grudnia wykorzystywałam jak tylko mogłam najlepiej i najprzyjemniej. Zaczęłam chodzić do Collegium Novum na spotkania Europejskiego Forum Studentów AEGEE-Kraków. Pojechałam na trzydniowe szkolenie dla świeżaków, wracając z pokładami niesamowitej energii. Co tydzień spędzałam w organizacji kilka godzin – najgorzej było wstać w piątek rano na zajęcia, po cotygodniowej imprezie integracyjnej – ale ileż ja tam nowych osób poznałam! Do tego wszystkiego namówiła mnie kuzynka, chociaż nie przystałam na jej początkowe propozycje pójścia na pierwsze spotkanie informacyjne, to później moja przyjaciółka N. chciała się wybrać. Jednak jak to było też wcześniej w przypadku zajęć teatralnych – ona zrezygnowała, ja zostałam.

Byłam na fantastycznym koncercie Janusza Radka, którego uwielbiam. Mamy z dziewczynami z nim zdjęcie i autografy a do tego wszystkiego siedziałyśmy w pierwszym rzędzie! Szykujemy się na kolejny recital, który ma się odbyć w styczniu… Niedawno też kolega z organizacji zaprosił mnie na kabaret Ani Mru Mru. Było cudownie! Myślałam, że oni dawno już przebrzmieli, ale jak zobaczyłam ich z trzeciego rzędu (na jakieś 25?) to przysięgam, że od początku do końca uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Było to coś zupełnie innego niż w telewizji. Nieporównywalnie!  Sporo się przez ten czas również ukulturalniałam… „Paw królowej” w Teatrze Starym, czy „Projekt Tuwim” w PWST… Różne kina… Albo wyjście „Śladami Wyspiańskiego” po Krakowie i „Szuflada Szymborskiej”. Byłam bardzo szczęśliwa, chociaż już powoli zaczynało mnie męczyć to ciągłe zabieganie. Organizacja – kultura – a jeszcze uczelnia, która codziennie dawała o sobie znać. Sporo rzeczy trzeba było ogarniać zwłaszcza na Romantyzm i Młodą Polskę, z których czekają nas teraz egzaminy… Nie brakowało mi wolnych wieczorów. Często kilka rzeczy kolidowało ze sobą, musiałam wybierać pomiędzy ciekawymi propozycjami, czasem kosztowało mnie to również zarwaniem nocy, by wyrobić się ze wszystkim na uczelnię… Ale nie żałuję tego wszystkiego. Zwłaszcza tego jak leciałam po ciężkim dniu i dwóch spotkaniach w organizacji na tramwaj na Kazimierz, by spotkać się ze znajomymi z naszej grupy językowej. Zawsze wahałam się czy pojechać, bo w następny dzień czekał na mnie romantyzm, ALE pomimo tego przyjeżdżałam choć na chwilę, a później czytałam po nocach… ;) Cóż jeszcze… imprezy? Oprócz tych przy których uczyliśmy się angielskiego i integracyjnych z organizacji, nie było ich strasznie dużo. Czasem zdarzyło się gdzieś wyskoczyć na salsę, w większym gronie na andrzejki, urodziny w akademiku lub tym podobne jednorazowe okoliczności. Może nie było tego bardzo dużo, ale uwierzcie, że po dwóch „imprezach” obowiązkowo-cyklicznych tygodniowo, wcale tego tak bardzo nie potrzebowałam ;).

Zaczęłam specjalność edytorstwo. Muszę przyznać, że w zeszłym roku miałam lepszą grupę na studiach, choć pamiętam, że wtedy też mi coś w niej nie pasowało… Może jeszcze się bardziej zintegrujemy, w końcu nie jest źle.

Nadal nie wiem co chciałabym robić w przyszłości. Wprawdzie już coś mi świta, ale co dokładnie – nie mam pojęcia. Uwielbiam tańczyć i wiele osób mówi mi, że robię to super, chciałabym zacząć uczyć się jazzu. Chodzi on już za mną od dawna. Do tego jestem przekonana, że chciałabym zajmować się czymś związanym z kulturą. Nie umiem jeszcze jednoznacznie stwierdzić o co mi dokładnie chodzi… Jednak wydaje mi się, że taka przyszłość byłaby wspaniała. Jazz, kultura (teatr), felietony…

Nie wspomniałam jeszcze za wiele o Natalii i Damianie. Dwie bardzo ważne osoby w moim życiu. Co ja bym bez Was zrobiła?? Komu mogłabym mówić to wszystko, co mówię? Kto by mnie próbował przywrócić do pionu, kiedy przeginam? Z kim mogłabym dzielić radość zwykłych i niezwykłych dni? I do kogo moglibyście zadzwonić w trudnych chwilach, ale i z błahostkami? W tym miejscu muszę wspomnieć o kawkach ikeowych z Damianem, przy których przetoczyło się wiele rozmów o… wszystkim! Bo tak różnorodne są nasze codzienne tematy i tak wiele rzeczy nas wspólnie interesuje. Świetnie się dogadujemy w wielu kwestiach i nigdy nie brakuje przy tym śmiechu. A Natalka ostatnio, no może nie tak ostatnio, odnalazła miłość, której tak pragnęła. Coś cudownego widzieć Was razem! Moje modlitwy zostały wysłuchane :D.

Cóż… Chyba naprodukowałam się dzisiaj już wystarczająco. Potrzeba mi odrobiny odpoczynku – niby sama jestem sobie winna, po tak długiej nieobecności! Zarysowałam najważniejsze wydarzenia, które były chwilowo lub są cały czas kontynuowane w moim życiu… Pamiętam jak jeszcze rok temu pragnęłam tego, żeby dużo się działo. Chciałam nieustannych spotkań z ludźmi z grupy, wspólnego spędzania czasu… Dostałam jeszcze więcej niż pragnęłam. Wprawdzie bardziej od ludzi poza uczelnią, ale też widujemy się z Alą i Angelą. Mnóstwo rzeczy działo się i dzieje nadal. Niektóre plany na styczeń są już od dawna przygotowane. Mam nadzieję, że tym razem zdołam je opisać wcześniej niż za pół roku… Nie warto tracić tych chwil, także jako wspomnień, dlatego będę musiała się zmobilizować do częstszego pisania w wolnych chwilach. Kończy się wspaniały rok. Nie odnalazłam prawdziwej miłości, ale poznałam wielu facetów! Przeżyłam wiele wypchanych do granic wytrzymałości (niezwykłymi rzeczami) dni… Wypowiedziałam miliony słów, z niecałą setką ludzi o zróżnicowanych charakterach. Pojawiłam się w dziesiątkach nowych miejsc, nauczyłam się dziesiątek nowych rzeczy, obserwując świat jakiego wcześniej nie widziałam i wiedząc, że jest nadzieja na osiągnięcie czegoś niesamowitego…