Nie jest to idealny moment żeby pisać. Więc kiedy jest ten idealny? Jutro mam ważne kolokwium, ale myśli napływające mi do głowy nie pozwalają skupić się na nauce. Tak więc niejako jestem zmuszona by pisać. Przyznam, że liczę na ulgę pewnego rodzaju. Zacznę więc od niesamowitej przygody jaka przydażyła mi się 2,5 tygodnia temu. Kolejną notkę poświecę już sprawom bieżącym.

Tegoroczne Święta Wielkanocne spędziłam w Bratysławie i we Wiedniu. Pojechałam tam autostopem – był to pierwszy raz, gdy podróżowałam w ten sposób. Wszystko za sprawą poznania w McDonaldzie Marcina. Czy to nie zbieg okoliczności?! Stało się to 14. lutego. Zważywszy na fakt, że mieszka on w Łodzi i wszedł tam tylko na chwilę by zjeść kanapkę, a ja akurat siedziałam z Olą z teatru… Przypadek ;)

Wracając do naszej wycieczki:

28.03 – Czwartek rano – Wyruszamy z miasteczka Agh-u w stronę autostrady A4, gdzie łapiemy pierwszego stopa do Katowic. W jedną stronę jedziemy: 4. autami osobowymi, 3. tirami i 1. radiowozem policyjnym. Tak! Pan policjant zgarnął nas biednych stojących na drodze ekspresowej, podczas, gdy w tym miejscy stać nie wolno. Wieczorem dojeżdżamy do Bratysławy. Pod sam dom podwozi nas Polak mieszkający we Wiedniu (cóż za szczęście!), bo jest bardzo zimno, a w dodatku plecak zdecydowanie mi ciąży.

W tym dniu nachodziły mnie pewne wątpliwości, czy aby na pewno był to dobry pomysł. Czy powinnam jechać z nim, akurat w święta i czy autostopem… Było jednak wiele chwil w których byłam szczęśliwa – że robię coś wykraczającego poza dotychczasowe doświadczenia, że jestem teraz daleko od domu, widzę inny świat, poznaję wielu różniących się od siebie ludzi, nie siedzę w domu… W końcu jakaś przygoda!

Naszym gospodarzem w Bratysławie był Fero – sympatyczny i nieco tajemniczy chłopak. Nasza komunikacja wyglądała dość zabawnie – mówilismy do niego po polsku (rzadziej po angielsku), on odpowiadał nam po słowacku, w razie konieczności tłumaczyliśmy słówka na angielski. W pierwszy dzień dał nam do spróbowania słowackiej śliwowicy (o matko!) ;).

29.03 – Piątek – Dzień spędziliśmy na spacerowaniu po stolicy, robieniu zdjęć, rozmawianiu… Warunki były średnio sprzyjające, gdyż wszędzie panowała „ciapa” śniegu, który spadł tej nocy. Późnym popołudniem wzięliśmy się do robienia słowackiego specjalu – bryndzovych haluszków. Mmm, po dwóch godzinych moglismy w końcu przekonać się jak smakuje nasze dzieło. Było smaczne, chociaż nie przywykłam do takiej ilości wędzonego sera. Wieczorem posiedzieliśmy przy komputerze – włączaliśmy piosenki, które w naszych krajach z różnych względów były popularne. Następnie pojechaliśmy z Fero i jego mamą na górkę, z której było widać panoramę miasta – tego wieczoru niestety panowało zachmurzenie. Kiedy nasz gospodarz rzucił hasło „idziemy na imprezę!” roześmialiśmy się. Teraz? Jasne… A tu jednak skręcilismy w stronę miasta i tak jak staliśmy poszliśmy do klubu. Nigdy wcześniej nie poświęciłam ani minuty na przygotowanie się do wyjścia, a tutaj byłam tak, jak stałam! W drugim klubie było zdecydowanie niesamowicie. Muzyka latino! Mogłam pokazać co mi w duszy gra… Fero powiedział potem, że wyglądam „jak mila i posluszna dziewczyna, a tańcuję jak devil!” Hahaha! Nawet jakiś Słowak chciał mnie „zabrać precz”, ale Fero mu na to nie pozwolił ;).

30.03 – Sobota – Pomimo tak krótkiego pobytu, smutno było mi się rozstawać z tym Słowakiem. Nie wiem dlaczego. Może ze względu na tą tajemniczość, której nie miałam okazji bardziej poznać. Lubię ludzi takich jak on… Takich trochę enigmatycznych. Nie gadających bez sensu i zastanowienia. Szybko złapalismy autostopa na trasie (Bratislava-Vienna). Słowak, który się zatrzymał miał dwie córki i chciał byśmy im zadawali pytania po angielsku, bo muszą się uczyć języka. Po godzinie dotarlismy do Wiednia. Chodziliśmy po mieście do wieczora, gdyż nasza gospodyni leciała jeszcze z Moskwy. Na jednej z główniejszych ulic Wiednia słyszymy nagle krzyki „Jeszcze Polska nie zginęła!” – a to nasz ostatni kierowca. Cóż za miłe spotkanie, zaledwie kilka godzin później. Po długiej drodze do domu (Jak tu się połapać w tylu liniach metra!) i całkowitym przemoknięciu, spędziliśmy kilka godzin wraz z Isabelle. Również studiuje ona filologię polską! Tak więc miałyśmy zapewniony długi temat do rozmowy. W końcu te kierunki tak bardzo sie różnią w obu krajach – u nich jest on na wydziale slavistyki, jako język obcy, u nas oczywiście – ojczysty.

31.03 – Niedziela – Wielkanoc. Tego dnia do Isabelle przyjechali rodzice. Trochę niezręcznie mi było, że spędzimy z nimi święta, ale w ich kraju nie są tak bardzo obchodzone jak w Polsce. Nieporównywalnie! Rodzice przywieźli mnóstwo jedzenia. (Jak ten marcin dużo je!) :D

Po południu wyruszyliśmy na miasto. Było jednak zimno i padał śnieg, także zdjęcia robiliśmy z wielkim wysiłkiem, kiedy już trzeba było wyjąć aparat i ręce z kieszeni. Znów przemokliśmy, ale za to Wiedeń jest monumentalny i piękny! Żałuję trochę, że nie było pogody do dłuższego zwiedzania, ale i tak było miło. Wieczorem obejżeliśmy film na komputerze i… zrobiło się trochę smutno, że to ostatni dzień.

01.04. – Poniedziałek – Czas powrotu! Jechaliśmy tylko 4. samochodami osobowymi. Jednak Polak mieszkający we Wiedniu zabrał nas aż do Polski i tak się o nas bał, że kazał zadzwonić do siebie zaraz po powrocie. Około 19 byłam już w domu (miałam podwózkę pod sam dom!).

Przez kilka kolejnych dni ciężko mi było powrócić do normalności… Ciągle tylko piosenki po słowacku i niemiecku, smsy pisane po słowacku do Adiego – on odpisywał cyrylicą ^^. Wspomnienia Fero i Isabelle oraz miesc które zobaczyliśmy, ciągłe przeglądanie zdjęć… Teraz to co pozostało to miłe wspomnienia. Nowe doświadczenia bardzo pozytywnie wpłynęły na moje samopoczucie. Zobaczyłam kawałeczek Europy, musiałam mówić po angielsku, dzięki czemu bardziej się odważyłam i mam ochotę umieć jeszcze więcej. Wszyscy poznani przez nas ludzie – każdy opowiadał nam kawałek swojej historii, my również mówiliśmy o sobie. I ten sukces, że tyle osób zatrzymało się dla nas przy drodze. Autostop nadal żyje! Żyje i jest kolejnym krokiem by się odważyć, by nabrać większej pewności siebie, zobaczyć kogo można poznać przez przypadek i jak łatwo przyzwyczaja się do nowego miejsca, gdzie zostawia się później odłamek serca, z nadzieją, że pomimo kilometrów, jeszcze kiedyś się tam wróci…