Nierozważna i Romantyczna

    Szepczę: życie – jak gdyby życie było kochankiem, który chce odejść –

    Wpisy z okresu: 3.2013

    0

    Tak wiele chciałabym powiedzieć światu. Tak bardzo czuję się nieudolna w przelewaniu swoich myśli. Tyle rzeczy pomijam zapisując linijka po linijce; co czuję, w co wierzę, jaką mam nadzieję… Nim zacznę, a tak rzadko zaczynam, mam wszystko poukładane pięknie w głowie. Ech! Szkoda, że tych pięknych myśli nie można po prostu potem przepisać…

    Dziś chciałam napisać coś o ludziach. Często zastanawiam się nad tym, dlaczego są tacy, a nie inni. Nie tylko jakie wydarzenia w ich życiu doprowadziły do takich postaw, ale głównie co działo się w ich domu, dzięki czemu tacy się stali. Jacy byli ich rodzice, jak ich wychowywali. Przecież to jedna z najważniejszych rzeczy w rozwoju życia każdego z nas. Przez najmłodsze lata kształtujemy swoją osobowość, nawyki, przypatrujemy się starszym, dzięki czemu wychodzimy w świat ukształtowani w pewien sposób.

    Później możemy zmieniać w sobie pewne rzeczy, jeżeli dostrzeżemy, że nie odpowiadają nam do końca i pragniemy być lepsi. Nie jesteśmy jednak w stanie zdziałać wszystkiego… Każdy ma predyspozycje do różnych zachowań, nigdy nie będzie w stanie stać się zupełnie innym, niż jest. Zawsze namiastka naszej przeszłości zostanie w nas i będzie żyła swoim życiem, w najmniej oczekiwanym momencie dając o sobie znać. Czy jesteś pewny siebie, czy nieśmiały – wszystko zależy od tego jak byłeś wychowywany. Na co Ci pozwalano, czego zabraniano i jakie stwarzano możliwości. Tak samo sposób w jaki traktujesz ludzi, siebie, jakie masz podejście do każdej dziedziny życia. Oprócz rodziny istnieje wiele innych czynników, takich jak społeczeństwo, koledzy, szkoła… Jednak myślę, że tym najbardziej decydującym jest nasze najbliższe domowe otoczenie.

    Zastanawia mnie czasem czemu X jest taka wrażliwa, skoro nie dotknęła ją w życiu żadna krzywda. Ma pełną rodzinę, pieniądze, powodzenie. Zapewne nie znam wielu faktów z jej życia, a jednak po prostu jest skromna, spokojna, miła i dobrze się uczy. Y z kolei również posiada w.w. „bogactwa”, a jednak jej osobowość na przestrzeni lat dryfowała w zupełnie innym kierunku. Ubiera się wyzywająco, prowadzi puste życie, klnie na każdym kroku. Choć w pierwszym momencie wydaje się, że różnic nie jest tak wiele, są zupełnie innymi typami ludzi. Jakie czynniki wpłynęły więc na to, że każda z osobowości ukształtowała się na inny sposób?

    Czasami jest to wina rodziców – każą się dziecku uczyć, dają kary, gdy tego nie robi, lub też wszystko jest im obojętne i nie mają żadnego wymagań. Nie pokazują co tak naprawdę jest w życiu ważne. Nie rozwijają w małym człowieku ciekawości świata, wrażliwości, szacunku do innych osób, etc. Po prostu sami mieli inaczej…

    Najbardziej podziwiam tych, którzy pomimo złego przykładu, lub po prostu neutralnego wychowywania, sami chcą się piąć, osiągać, być dobrym. Ci, którzy wiele osiągają często pochodzą z rodzin w których rodzice mają wysokie wykształcenie, dobrą pracę. Dają więc dziecku lepszy start i idealne zaplecze do tego by również wiele osiągnęło. W innych sytuacjach jest nieco gorzej – ciężej… Choć z pewnością nie jest to niemożliwe!

    Przecież ludziom dzieje się tak wiele krzywd, często słyszy się o ich trudnych dzieciństwach, rodzicach alkoholikach, biciu, braku zainteresowania ze strony starszych… Czy tak ciężko jest iść na szczyt, kiedy droga jest prosta, a zbocza łagodne?

    Bardzo trudno jest samemu sobie uświadomić, że pomimo braku wymagań ze strony innych, powinno się starać, bo może to zaprocentować w przyszłości. Czasem też może być po prostu na to za późno, albo może zabraknąć motywacji. Przyzwyczajenia również robią swoje… Chociaż mam nadzieję, że da się osiągnąć wszystko, czego się pragnie, niezależnie od tego skąd się pochodzi i ile ma się pieniędzy. Z motywacją i umiejętnościami może być jednak trochę gorzej – to jeden z ważniejszych czynników…

    …ale nie ma rzeczy niemożliwych. Najważniejsze by uświadomić sobie cel i zdać sprawę z tego co dzieje się we wnętrzu każdego z nas. Przede wszystkim więc, trzeba poznać siebie. Potem już niezależnie od tego co Cię trzyma w dole, dzięki czemu nie możesz ruszyć z miejsca, musisz wciąż próbować wydostać się z niego… By świadomie, własnymi rękami kształtować własny los.

    Do póki oddycham, nie tracę nadziei… ; )

    Słoneczny kryzys?

    0

    Czy to możliwe, żeby nie lubić wiosny? Nigdy nie sądziłam, że posiadam skłonności do uciekania przed słońcem, zasłaniania roletami okien, czy po prostu udawania, że nie widzę tego, co dzieje się za oknem. Czy ze mną jest coś nie tak?

    -Dobra, wystarczy. Jak na początek notki jest za bardzo dramatycznie, a przecież wcale nie mam żadnej fobii słonecznej, ani nie zamieniam się w kamienny posąg, jak niektóre trolle, gdy tylko dosięgną mnie najmniejsze promienie słońca. Problem tkwi gdzie indziej. Nie lubię zmian… Nie mam tu na myśli poprzestawianych mebli w pokoju, czy nowych ambitnych planów na życie, z których być może część zostanie kiedyś urzeczywistniona, ponadto uwielbiam rzeczy nowe; miejsca których wcześniej nie widziałam, zajęcia o których wcześniej nie słyszałam i przede wszystkim ludzi (gdzie oni wszyscy się przede mną wcześniej ukrywali?!).

    Nie lubię momentu w którym pojawia się słońce po kilku miesiącach zimy, wszystko wokół topnieje, świat budzi się do życia… Z ust ludzi dobiegają komunikaty „Ale pięknie za oknem!” – jakby ktoś wcześniej tego nie dostrzegł, albo nie miał okien… Nie lubię tej nagłej zmiany. Jak mogę siedzieć w domu, kiedy jest tak pięknie na polu? (Tak, jestem z małopolski, więc wychodzę na pole). Wydaje mi się, że omija mnie wtedy coś ważnego, jest mi smutno, coraz bardziej odczuwam swoją samotność. Przypominam sobie jak to było na początku października. Wtedy również pomimo niższej temperatury świeciło słońce, byłam znacznie bardziej beztroska niż teraz, miałam nadzieję na najbliższe miesiące, setki planów wymyślonych na wakacjach, byłam z Nim… A teraz widzę, jak wiele rzeczy mi się nie powiodło – nadal jestem sama, choć z wyboru. Jego teraz nie ma – takie było nasze przeznaczenie, nie mam żalu. Nie byłabym z nim szczęśliwa. Zresztą kiedy jeszcze był, nie zawsze byłam, chociaż będę bardzo miło wspominać wspólnie spędzony czas. Kilkugodzinne spotkania, wszystkie rozmowy, przebyte kilometry.

    DOŚĆ. Czy to właśnie o to chodzi? Słońce kojarzy mi się z Nim? Być może boję się samotności? Boję się, że ucieka mi to wszystko gdzieś za plecami… Mam wrażenie, że inni się dobrze bawią, a ja nie wiem co ze sobą zrobić. Paradoksalnie przy ładnej pogodzie popadam w melancholię. „Jak to nie lubisz słońca?!” – usłyszałam dziś to pytanie od kilku bliskich osób. Wiem, że to stan chwilowy, szybko zacznę się  przyzwyczajać i będzie tak jak dawniej. Przecież uwielbiam słoneczne letnie dni. Choć wtedy spotkań jest więcej, wyjść i niespodzianek. Wracam do domu szczęśliwa, w krótkim rękawie, wiem, że mam rękę na pulsie, z pewnością nie jestem sama. Nie o taką zwykłą samotność mi chodzi, jak większości może się wydawać…

    Mimo wszystko nie chcę, żeby ten wpis pokazywał jak bardzo jestem nieszczęśliwa czy zdesperowana – bo tak nie jest. Na ogół jestem szczęśliwa, chwilowo jedynie muszę dostroić moją osobowość do tego, co dzieje się na niebie. Razem z tym przyjdą nowe możliwości – jestem tego pewna! ;-)