Za każdym razem, gdy tutaj piszę, stwierdzam, że dni są długie, ale miesiące mijają szybko… Tym razem po czteromiesięcznej nieobecności zalogowałam się na nową witrynę, zmieniłam adres i zauważyłam, że już bardzo dawno nie pisałam. Photoblog zastępował mi bloga prawdziwego, chociaż minimalizm w używanych na nim słowach był bardzo straszny i ograniczający. Drugą ważną rzeczą, a w zasadzie chyba najważniejszą, był fakt, że mają do niego dostęp znajomi. Wprawdzie ich grono jest dość ograniczone, jednak najważniejszy czytelnik (ukryty czytelnik) to osoba, o której miałabym ochotę często pisać… Przynajmniej w nawiązaniu do przeszłości.

Wchodząc dzisiaj do klatki, zaczęłam się zastanawiać jakie zmiany zaszły we mnie i w moim życiu od końca października… Powinnam teraz napisać: wróciłam do niego. Już napisałam, za późno, stało się. Znowu działo się to co kiedyś. Kolejny raz cieszyłam się tymi spotkaniami, złościłam jego zachowaniem, wracałam późno do domu, śmiałam, przytulałam i całowałam… i… płakałam. Trwało to miesiąc. Czy to dużo w porównaniu do tego co było w zeszłym roku? Zdaje się, że niewiele. Zauważyłam również, że człowiek się uodparnia: tym razem poradziłam sobie z bólem porozstaniowym znacznie szybciej, chociaż pamiętam, że jego intensywność była bardzo porównywalna do minionej. Nie wierzyłam, że jeszcze kiedyś znajdę się w jego ramionach, ale… to już przecież teraz nie ważne. Nigdy nie wróci, nigdy nie popełnię tego błędu. Nie wrócę do czegoś co już raz przerabiałam i tym razem konsekwentnie wyciągnę wnioski…

Sprawa nie jest aktualna. Straciła swoją ważność jakieś trzy miesiące temu. Nie ma sensu do tego wracać. STUDIA! Tak. To temat który powinnam poruszyć. Otacza mnie z każdej strony, za trzy dni rozpoczyna się sesja – może pisanie teraz notki jest więc  ryzykowne?  Trudno, jestem uparta. Więc… Jest zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam, że będzie. Większość przedmiotów bywa interesująca, widzę postępy w moim rozumowaniu, zbieram doświadczenia, przyswajam wiedzę oraz czytam lektury. Dobra… czasem. Pod tym względem jest dosyć normalnie. Jedyne czego mi brakuje i miałam nadzieję, że będzie wyglądać inaczej to ludzie i imprezy. Wyobrażałam sobie, że poznam wiele ciekawych osób, z którymi będę spotykać się po zajęciach, chodzić na herbatę, rozmawiać o wszystkim i imprezować. Chciałam poznawać  ludzi z różnych uczelni, np. na domówkach. Nie ukrywam, że więcej sposobności miałam w liceum. Wprawdzie nie jestem imprezowiczką, tak więc lubię spotkania z przyjaciółką i szczere rozmowy w spokojnym miejscu, czyli bez „fajerwerków” i pompy, ale miałam nadzieję na rozwinięcie kręgu znajomych jeszcze bardziej, w końcu to ponoć studia. Zależało mi szczególnie na integracjach poza uczelnią, czego u nas niestety brak! Na moim uniwersytecie mało jest facetów, więc gdzie mam poznać miłość mojego życia? Dobra, żartowałam. Pewnie i tak będzie to chłopak z politechniki, z najbardziej ścisłego kierunku, ale z tego wynika, że już większą szansą jest poznanie go w autobusie! W liceum więcej imprezowałam, więcej ROZMAWIAŁAM na tematy dla mnie ważne, lub mniej interesujące, ale wiedziałam, że przyjdę do szkoły i będę miała swoją grupkę koleżanek, z którymi będziemy się śmiać, „lansować po korytarzu”, plotkować, uczyć… Dobrze, z tym ostatnim to był żart. Na uczelni mówimy jedynie o tym co jest do nauczenia i do zrobienia. Nakręcamy się wzajemnie i wpędzamy w panikę. Jest kilka osób z którymi dobrze się dogaduję, ale nie są przez cały czas. Rozmowy nadrabiam poza uczelnią, chyba, że spotkam Natę na korytarzu, lub usiądziemy obok siebie na wykładzie (ojj!). Od jakiegoś czasu mam większy kontakt z Adrianem. Byliśmy w tym roku na dwóch domówkach. Od października widywałam się dość regularnie z Damianem na kawie w Ikei lub McDonaldzie. W grudniu przyjechał Jacek.

W dalszym ciągu chodzę na zajęcia teatralne. Kontynuujemy spektakl Czechowa. Oprócz tego chodzę na zajęcia filmowe do których ogóle nie byłam przekonana. Jednak cieszę się, że zaryzykowałam. Na początku było nijako, później pokochałam tam chodzić. Te warsztaty dawały mi zawsze mnóstwo radości. Wracałam z nich z dziewczynami i Kajetanem, który nas odprowadzał. Zaczęłam oglądać więcej filmów, niż kiedykolwiek. Mam też większe pojęcie o tym jak skonstruowane są scenariusze, jak napisać własny… I muszę to wkrótce zrobić. Cieszę się, że trafiłam pewnego dnia do Bakałarzu. Ten czas z pewnością nie był stracony. Próbowałam też swoich sił z salsą. Umiem już dobrze podstawowy krok! :D Ćwiczę go codziennie w celu doskonalenia ruchu biodrami oraz by nie zapomnieć go i nie wypaść z rytmu. Nie byłam na wszystkich zajęciach, chociaż za nie zapłaciłam. Nie lubiłam atmosfery jaka tam panowała. Przyjeżdżałam w miejsce, które średnio dobrze mi się kojarzyło. Nie poznałam tam żadnej ciekawej osoby, albo nawet mniej ciekawej z którą mogłabym porozmawiać o pogodzie. Ani nawet takiej do której mogłabym się uśmiechnąć na przywitanie i która by ten uśmiech odwzajemniła. Nie to co na warsztatach filmowych, które wkrótce przeobrażą się w dziennikarskie.

Co dalej? Czeka mnie ciężki tydzień SESJI zimowej. Mam bardzo dużo nauki na ustne zaliczenie z antyku, ugh! Wszystko mi się miesza. Oprócz tego dwa egzaminy: Historia polski i Wstęp do językoznawstwa – ujdą. Mam nadzieję, że podtrzymam tradycję i nadal jako jedna z trzech osób w grupie zdam wszystko w pierwszym terminie. Zobaczymy…

Pojawiają się u mnie myśli o edytorstwie jako specjalizacji, którą musimy wybrać w przyszłym semestrze. Jednak o tym i o moich planach na życie już innym razem.

;-)