Nierozważna i Romantyczna

    Szepczę: życie – jak gdyby życie było kochankiem, który chce odejść –

    I znowu zastał nas wrzesień…

    0

    To nie będzie zbyt długa notka, tak postanowiłam. Nie opiszę miesiąc po miesiącu wszystkiego, co się działo. Już tego nie potrzebuję. Chcę po prostu żyć. Żyć i uczyć się, zapamiętywać, CZUĆ, poznawać, odkrywać, być blisko.

    kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień…

    Jak pomyślę, jak wiele robiłam na co dzień przez ten czas, to zaczynam sama siebie podziwiać. Weźmy taki maj… codzienna praca od 9-16, dorywczo w weekendy wesela, co jakiś czas zajęcia na uczelni, Noc Książki – organizowanie wydarzeń… A do tego częste spotkania…

    I powiedzcie mi, jak można tak żyć, że nie mając czasu, znajduje się go? Jak można tak rzadko odmawiać spotkań z ważną osobą, kiedy po pracy ma się ochotę już tylko zagrzebać pod kołdrą i usnąć? Nie było łatwo wszystkiego pogodzić, dlatego też pewne elementy musiały na tym ucierpieć, ale w efekcie mogę być z siebie dumna.

    W sierpniu N. wyszła za mąż. Tak, N! Ta, która towarzyszyła mi już od powstania tego bloga. A ja jej świadkowałam i dobrze się bawiłam na weselu. ;-)

    Teraz jest stabilnie. Jest bezpiecznie, bardzo… Ja mogę w końcu żyć, zająć się sprawami, które są dla mnie s z a n s ą, a nie zamartwiać i analizować każdą z chwil. Mam wsparcie. Mam TĘ pewność. Po raz pierwszy w życiu się nie boję! I choć teraz chciałabym jeździć i jeździć… trochę czasu brak, bo czekają wyzwania… ;-)

    Ocalić od zapomnienia

    0

    Dziś Wielki Piątek, a ja piąty dzień na antybiotyku. Już o niebo lepiej. Mimo że spędziłam ostatnie 7 dni domu, to nie narzekam na nudę. Piszę do pracy, na Noc Książki, koleżance pomagam z TEDx-em… oglądam filmy, seriale. Nie sądziłam, że jestem w stanie tyle przeżyć w domu, nie popadając w depresję nawet, gdy świeci słońce!

    Wobec tych wszystkich zacnych okoliczności postanowiłam zrobić porządek na komputerze i trafiłam na to… Zanim to usunę, żeby nie zaśmiecało mi dysku, opublikuję tutaj. Pisałam dla siebie, w Wordzie, prawdopodobnie 29 września 2015 roku… A więc przenieśmy się do tego dnia. Jakże jestem z siebie dumna!

    „Tak dawno nie pisałam. Dla siebie. Tzn. przez ostatnie 1,5 miesiąca pisałam więcej, niż przez ostatni rok, ale nie o życiu, a do pracy. Nie liczę jakiegoś tam pamiętniczka, który oczywiście przesycony żalami zawsze był pod ręką, ale tak jak teraz, szybko i sprawnie, by żadna myśl nie uleciała.

    Pisałam w lutym. Co się od tego czasu zmieniło? Można by rzec, że wszystko. Już nawet nie pamiętam, jakim człowiekiem byłam wtedy, co czułam, do czego właściwie dążyłam? Cóż. Od tego czasu minęły dwie sesje, zakończyłam studia, obroniłam pracę licencjacką, byłam na Woodstocku, kajakach, kolejnym koncercie Radka (a chyba nawet i dwóch!), bawiłam się na pochodzie juwenaliowym pierwszy raz w życiu, przeżywałam uniesienia i upadki. Ostatni upadek miał miejsce właśnie owe 1,5 miesiąca temu. Rozstaliśmy się na zawsze. Od pierwszej minuty wiedziałam, że to już nigdy nie wróci, od samego początku nie wierzyłam, że mogłoby to kiedyś mieć sens. Od przeczytanego listu wiedziałam, że będzie ciężko, ale że po raz kolejny uda mi się z tego wyplątać i wyciągnę wiele istotnych wniosków. Wiedziałam, że kiedyś jeszcze będę potrafiła się w coś prawdziwie zaangażować, choć w tamtym momencie wydawało się to straszne, ale miałam w pamięci jak dwa lata wcześniej studiowałam słowa piosenki Archive „But i don’t wanna hear this no more. And i don’t wanna feel this no more. And I don’t wanna see…”. I wiedziałam, że już kilka razy z tego wychodziłam, a potem trafiało się coś jeszcze lepszego.

    Mogłabym opisać te wszystkie miesiące, ale chyba nie chcę tego. Było dużo wątpliwości, które nie opuszczały mnie na krok, a ja tylko próbowałam sobie wmówić, uspokoić się i innych, że jest inaczej. Cały czas brakowało poczucia bezpieczeństwa, wszystko odczuwałam od razu. Czasem przesadzałam, to fakt, co być może też wpłynęło na ostateczny rezultat, ale tak jak wspominałam wcześniej: ani przez chwilę nie sądziłam, że po zakończeniu, mogłoby to kiedyś wrócić. Nawet nie zgodziłabym się na to. Zbyt bolało to wszystko, zbyt wielka zmiana musiała się dokonać, żebym miała później wszystko wywracać do góry nogami. Ale o powrotach nie byłoby nawet mowy, to już nie liceum. Przez tygodnie przy życiu trzymało mnie mnóstwo rzeczy. Codzienne spotkania, piwa, staż, wszystkie napisane teksty, zgłębione tematy, życzliwe uśmiechy, późne powroty i to, na co mogłam czekać. Czekałam na dwie rzeczy: na powrót W. oraz wyjazd do Budapesztu. W pewnym momencie, jak to już w moim życiu bywa, uczucia stanęły na podium, zaraz NAD stażem i zainteresowaniem czymkolwiek. Za to często siebie nienawidzę. Ach, muszę nauczyć się bardziej siebie doceniać, wierzę, że kiedyś ktoś mnie naprawdę pokocha, przez co ja również nie będę wątpliwa miłości własnej.

    Kiedy dwie rzeczy, na które czekałam, nadeszły i przeminęły, znów mój mózg domaga się kolejnego celu. Aktualnie czekam na rozpoczęcie studiów ekonomicznych (tak!), ale będzie ciekawie. Mam nadzieję, że tym razem fantazja nie poniosła mnie zbyt daleko. Cały czas jestem na stażu i angażuję się w wolontariat Szlachetnej Paczki.

    Lipiec i sierpień przyniosły jeszcze zmianę w sferach rodzinnych. Śmierć dziadka i towarzyszące temu późniejsze konsekwencję, nie jest to łatwe dla wielu osób.

    Wiem jednak, że mam przyjaciół. I to oni byli ze mną przez ten cały czas. Przez najgorszy – sierpień. Widziałam się też z Jackiem. Nic się nie zmienił, nasza relacja też bez zmian, no, może nieco luźniejsza z mojej strony, ale on to… :D

    Od tego sierpnia bardzo bałam się pisać, co czuję. Chyba nie miałam odwagi, choć i czasu też brakowało, a przynajmniej starałam się, aby tak było. Chyba wystarczyły mi nasze listy, które jednak z czasem musiały zostać zaprzestane.”